Zima w Norwegii zapowiadała się przerażająco – miało być okrutnie zimno, ciemno – praktycznie przez całą dobę – a zaspy śnieżne na przemian z oblodzonymi ulicami miały uniemożliwiać poruszanie się (bez względu na to czym i w jakim kierunku). Taką wizję przedstawiano mi jeszcze w Polsce, dlatego, nie ma co ukrywać, trochę się zimy obawiałam. Zupełnie niepotrzebnie…

Konieczność przestawienia czasu z zimowego na letni (tak, w Norwegii też przestawiamy zegarki), skłoniła do przemyśleń. Wiosna w kalendarzu niebawem, wiosna za oknami już, czyżby udało nam się przetrwać zimę? Tylko o jakim przetrwaniu mowa, przecież było miło i przyjemnie. W zasadzie norweska zima (przynajmniej ta ostatnia, poza tym pamiętajmy, że jesteśmy na południu Norwegii) niewiele różni się od naszej, polskiej – temperatury na tym samym poziomie, słońce zachodzi o podobnych porach i nawet to, że w Norwegii wschodzi o około 2 godziny później niż w Polsce, nie czyni norweskiej zimy straszną. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że w skandynawskiej zimie jest coś, co czyni ją bardziej przyjazną dla człowieka…

Jasność, widzę jasność…

Długo zastanawiałam się nad tym, dlaczego zima w Norwegii jest dla mnie jakaś taka, jakby lepsza. Czułam, że jest, ale nie wiedziałam dlaczego. W Polsce, w połowie stycznia zazwyczaj dopadało mnie przygnębienie, pamiętam jak z koleżanką wertowałyśmy katalogi biur podróży w poszukiwaniu słonecznych i pozytywnych zdjęć „poprawiających nastrój”. W Norwegii odwrotnie, styczeń i luty upłynął w spokoju, mnóstwo w nim było radości i rozpierającej energii. Myślałam, że to za sprawą ferii zimowych i zaplanowanej od dawna wycieczki do Polski, ale po pewnym czasie dotarło do mnie, że to za sprawą… jasności! Brzmi dziwnie, ale tak jest. I nie chodzi o to, że mamy tu ciągle piękną pogodę z wielkim słońcem na bezkresnym, błękitnym niebie. Chodzi o kwestię bardzo przyziemną – dosłownie – o zabudowania i czystość otoczenia. Wiele domów w najbliższej okolicy ma jasną elewację. My mamy to szczęście, że mieszkamy na osiedlu na którym wszystkie bloki mają ten sam, jasno popielaty kolor (niech żyje norweski konserwatyzm). W połączeniu ze śniegiem, bez względu na to czy świeci słońce czy też nie, jest po prostu jaśniej i to działa.

Zima w Norwegii - widok na nasze "jasne" osiedle

Zima w Norwegii – widok na nasze, „jasne” osiedle

Zima w Norwegii – obrazów kilka

Wydaje mi się, że żadna treść nie odzwierciedli tego, jak zima w Norwegii wygląda naprawdę. Co więcej, zdjęcia również nie oddają jej magii i uroku. Mimo to w kilku ujęciach pokażę Wam to, co mnie urzekło najbardziej. I co warto podkreślić, zdjęcia zrobiliśmy nieopodal naszego osiedla, dosłownie kilkaset metrów od domu…

Zima w Norwegii - nie trzeba długo szukać, by zachwycić się jej urokiem

Zima w Norwegii – nie trzeba długo szukać, by zachwycić się jej urokiem

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii - nie trzeba długo szukać, by zachwycić się jej urokiem

Zima w Norwegii c.d.

Zima w Norwegii - tu dla odmiany Trysill - gdzie indziej mogłoby być tyle śniegu :)

Zima w Norwegii – tu dla odmiany Trysill – gdzie indziej mogłoby być tyle śniegu :)

I mimo, że wpadłam parę razy w poślizg, mimo, że nos odmawiał mi posłuszeństwa gdy temperatura spadała poniżej 25 stopni poniżej zera, to i tak naszą pierwszą, norweską zimę uważam za bardzo udaną. W następną planujemy „odwiedzić” zorzę polarną – wtedy to przekonam się, jak ta prawdziwa, norweska zima – tam na północy – wygląda. Ale to dopiero za rok… :)