Cały rok człowiek czeka na ten moment. Z każdym dniem napięcie rośnie, a im bliżej, tym weselej. Urlop, bo o nim mowa, to dla emigranta prawie jak zbawienie. I nie, nie na Karaiby. Wymarzone Malediwy czy inne Wyspy Owcze też muszą poczekać. Bo jak już człowiek wyrwał od pracodawcy te kilkanaście dni szczęścia, to po to, by uściskać Matkę, odwiedzić Babunię, napić się z Przyjaciółkami. A że liczba osób „najważniejszych do odwiedzenia” zdecydowanie dłuższa, niż dni urlopowych, a wspomniane wyżej Przyjaciółki jak na złość rozrzuciło po całej Polsce, to człowiek wraca styrany, jak koń po westernie. Za to jaki szczęśliwy… . Przecież spędził swój urlop w Polsce.

Urlop w Polsce - Hel.

Urlop w Polsce. Hel. Bez wizyty nad polskim morzem się nie da. 

Czy trzeba pisać więcej? Można tylko. Większość tych, którzy mieszkają za tą czy inną granicą, rozumie bez wyjaśnień. Ci, którzy w kraju, mogą się tylko domyślać. Co znaczy tęsknota za rodziną, przyjaciółmi, domem, pomidorami, starymi śmieciami, śliwkami w czekoladzie, kapustą kiszoną, itd., itp. Oczywiście życzliwi podszeptywać zaczną, że skoro tęskno, to trzeba wracać i po problemie, ale tego typu komentarze pomińmy. Jeszcze inni donoszą, że dziś z lotami nie problem – można codziennie, w tę i z powrotem. Pewnie tak, tylko że ludzie mają swoje życia, prace, choroby. Mają dzieci w szkołach, partnerów, zwierzęta. Pomińmy fakt, że prawdopodobnie musiałabym wyczarterować cały samolot, żeby ściągnąć tu wszystkich. Nie pomijajmy natomiast faktu, że natura ludzka ma to do siebie, iż najbardziej jej brakuje i równie bardzo docenia się to, czego się aktualnie nie ma. Dodać do tego więzi, emocje, miłość, sentyment, pamięć komórkową, inne takie i… urlop w Polsce zaplanowany. :)

Wszędzie dobrze, ale w domu…

Taka jest prawda niestety. Tam inaczej pachnie, inne emocje targają człowiekiem, inne ma się problemy, a jeszcze inne radości. Pewnie gdybym posiedziała parę miesięcy dłużej sytuacja byłaby zupełnie odwrotna, ludzie przestaliby mieć dla mnie czas, życie wróciłoby do normy, a ja zwyczajnie zatęskniłabym za Norwegią. Nie zdążyłam niestety. Bo jak miałam zdążyć, w dwa tygodnie!?

Urlop w Polsce – czemu zawsze za krótko?

Owszem, stali pracownicy mają w Norwegii prawo do 25-ciu dni urlopu w roku, jednak traf chciał, że 2017 obfitował u nas w tak wiele przeróżnych wydarzeń, że nie dało rady inaczej. Tu dwa dni, tam znów jeden i tak oto zostało 15-cie. A że kilka trzeba zostawić na między-święta (a nuż się szef zlituje) czy na sytuacje mniej lub bardziej nieprzewidziane, to 10 dni i basta. Na moje szczęście wylot miałam już w piątek – po pracy – co o weekend przedłużyło moje polskie wakacje. Poza tym prawda jest taka, że bezczelnie i z ogromną przyjemnością…

wycisnęłam z tego urlopu ile się dało.

Morze z rodzinką, Warmia i Mazury z przyjaciółmi, Warszawa – dwie wizyty – tu przyjaciół skupienie przecież, i na koniec najważniejsze – Inowrocław (Kujawy) – gdzie serce moje i rodzina najbliższa. Nie powiem, łatwo nie było, ale i być nie miało. W pewnym momencie nie wiedziałam już dokąd zmierza pociąg, w którym aktualnie przyszło mi siedzieć. Sytuacji nie ułatwiały spożyte dzień wcześniej promile… (Jak to nie wypijesz? Widzieliśmy się 3 lata temu przecież! – i tak prawie z każdym). Jednak uśmiech z twarzy nie schodził i o to w tym wszystkim chodziło. Dlatego spędza się urlop w Polsce.