Święta Bożego Narodzenia w Norwegii, pierwsze z dala od kraju, za nami. Było dokładnie tak, jak się tego spodziewaliśmy: rodzinnie, sympatycznie i smacznie. Jedynym zaskoczeniem, również dla tubylców, był brak śniegu. Cóż począć, przekonaliśmy się, że jest to możliwe, nawet w Norwegii…

W okolicach Oslo, na południu Norwegii, śnieg stopniał na parę dni przed świętami. Prognozy jednoznacznie pozbawiały nas złudzeń – do świąt padać już nie będzie. Nie zmartwiło nas to wcale. Po pierwsze dlatego, że dla mnie oznaczało to kilka dni bezstresowej jazdy po zdecydowanie pewniejszym (niż lód i ubity śnieg) gruncie. Prawda jest taka, że polskie zimy nie dały mi zbyt wielu możliwości na przystosowanie się do jazdy w prawdziwie zimowych warunkach, dlatego dopiero teraz przechodzę praktyczny kurs prowadzenia auta zimą (drżyjcie Norwedzy!).

Po drugie, święta planowaliśmy spędzić w domu rodzinnym Norwega w Trysil. Miasto, a w zasadzie miasteczko, to jednocześnie największy ośrodek narciarski w Norwegii. Położone prawie 200 km na północny wschód od naszego Lindeberg, słynie z tego, co dla miłośników białego szaleństwa najistotniejsze: fantastycznej infrastruktury narciarskiej i… naturalnego śniegu. Prawdziwy śnieg leży tam podobno przez 6 miesięcy w roku, co więcej, niektóre hotele dają tzw. gwarancję śniegu. Mówiąc najprościej, jeżeli zima nie dopisze, zwracają pieniądze tym, którzy z góry zapłacili za swój zimowy wypoczynek. O śnieg na święta, byliśmy więc spokojni…

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii - Norwedzy starannie przyozdabiają na święta swoje domy, pełno w nich świątecznego blasku

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii – Norwedzy starannie przyozdabiają na święta swoje domy, pełno w nich świątecznego blasku

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii – wigilia…

Wspominałam już wcześniej, że większość Norwegów zasiada do stołu wigilijnego o 17-tej. Nasza kolacja zaplanowana była jednak na 19-tą. Przypuszczam, że przede wszystkim ze względu na nas – wcześniej nie moglibyśmy przyjechać. Zobowiązania zawodowe Norwega trzymały nas do ostatniej chwili w Lindeberg. Na miejscu, w Trisil, byliśmy po 18-tej.  Najważniejsze, że się nie spóźniliśmy, co więcej, zdążyłam jeszcze pomóc w ostatnich przygotowaniach. O 19-tej zasiedliśmy do wigilijnego stołu. Mimo, że w norweskiej tradycji nie ma mowy o łamaniu się opłatkiem, w domu rodzinnym Norwega, jakby nie patrzyć polsko-norweskim, taka tradycja jest podtrzymywana.

I tak oto zaczęliśmy w sposób od zawsze mi znany, od opłatka, a myśli me pognały na chwilę do tych, którzy w Polsce, do mojego domu rodzinnego, do moich bliskich…

Kolacja wigilijna była pyszna. Nawet Młody, największy kulinarny sceptyk o tolerancji ograniczającej się do frytek, piersi kurczaka w zaledwie kilku odsłonach i wszystkiego, co da się zjeść z keczupem, opróżnił talerz do końca. Jedliśmy ribbe – czyli pieczony boczek wieprzowy, julepølse czyli charakterystyczne, białe kiełbaski o korzennym smaku, serwowane w towarzystwie smażonych, wędzonych śliwek, oraz medisterkaker – wieprzowe klopsiki. Wszystko to podawane z gotowanymi ziemniakami, czerwoną oraz białą kapustą. Do popicia oczywiście julebrus – moim zdaniem niczym nie różniący się od polskiej oranżady, sprzedawanej w szklanych butelkach. Smaki inne niż w Polsce, ale efekt końcowy ten sam – od stołu trudno był wstać. A gdy po kolacji pojawiły się desery… pepperkaker – czyli tradycyjne, korzenne pierniki, multekrem – bita śmietana z owocami multe – maliny nordyckiej – skandynawskiego przysmaku o dużych wartościach odżywczych, makowce, keksy, torty… Eh, szkoda pisać…

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii - pepperkaker - tradycyjne, korzenne pierniki

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii – pepperkaker – tradycyjne, korzenne pierniki

W świąteczny poranek wigilijne obżarstwo dawało się nam wszystkim we znaki… Po śniadaniu i kolejnym deserze wiedziałam już, że jak nie wyjdę, chociaż na krótki spacer, to zła będę, że lepiej nie podchodź. Podzieliłam się tą myślą z Norwegiem, a że On złej mnie nie toleruje, to bez chwili wahania wskoczył w wyjściowe ciuszki i gotowy do działania czekał w korytarzu. Zabraliśmy jeszcze Młodego i Marlenę – siostrę Norwega i razem poszliśmy na… sanki.

Świąteczne obżarstwo? Potrzebny ruch!

Jak to sanki? – dotarło do mnie już na zewnątrz, pewnie na widok Norwega niosącego z przydomowego magazynu jeden egzemplarz. I tu, gwoli wyjaśnienia skąd me zdziwienie, śpieszę zakomunikować, że mimo, iż byliśmy w Trysil, śniegu było jak na lekarstwo! Podobno od lat nie było tak „niebiałych” świąt. Skąd więc ten pomysł, że na sanki, jak wokół i to gdzieniegdzie, zaledwie centymetr śniegu? Chyba nie ma na myśli tej pokrytej grubym lodem, górskiej drogi, którą dojeżdża się do gospodarstwa – przeszło mi przez myśl. Nie, aż taki szalony nie jest… Dobra, mieszkał tu tyle lat, że pewnie wie co robi – zakończyłam rozmyślanie i czekałam na dalszy rozwój sytuacji. Tymczasem Norweg wrócił z drugim egzemplarzem, nazwijmy to, sanek (to, co ja miałam w pamięci jako sanki i to co Norweg przyniósł z magazynu, mówiąc delikatnie, lekko się od siebie różniło). Ruszyliśmy.

Norweskie sanki

Norweskie sanki

Idziemy na sanki…

… a w zasadzie jesteśmy na miejscu… Gdzie? Oczywiście na oblodzonej, górskiej drodze prowadzącej do gospodarstwa (dom rodzinny Norwega jest jego częścią). Owszem, dzięki grubej warstwie lodu droga jest śliska, z pewnością da się z niej zjechać, ale czy komuś z nas zależało na złamaniu sobie czegokolwiek? Pierwszy pojechał szalony pomysłodawca. Norweg należy do tych osób, które uwielbiają ryzyko, adrenalinę ma we krwi, nic więc dziwnego, że dla Niego była to frajda. O dziwo Młody i Marlena też dali radę. Jechali wolniej, częściej hamowali, ale jednak. Mi na samą myśl było niedobrze, ale po tylu złośliwościach, jakie usłyszałam na temat mojego tchórzostwa, pomyślałam sobie: „A nich to, najwyżej będą mieli wyrzuty sumienia jak już przytulę się do jakiegoś drzewa…”

Jazda na sankach, po oblodzonej, górskiej drodze w Trysil, w Norwegii

Jazda na sankach, po oblodzonej, górskiej drodze w Trysil, w Norwegii

Jazda na sankach, po oblodzonej, górskiej drodze w Trysil, w Norwegii

Jazda na sankach, po oblodzonej, górskiej drodze w Trysil, w Norwegii

Piszę, więc przeżyłam :). Muszę przyznać, że było fantastycznie. Aż popłakałam się ze śmiechu w trakcie mojej przerażającej przejażdżki. Sama nie wiem już, czy śmiałam się z radości, ze strachu, czy może z siebie i swojej upartości, gdyż całą drogę nogi miałam poza płozami, szorując po lodzie, w celu spowolnienia zjazdu (ot, taki ze mnie bohater). Grunt, że było wesoło, wszyscy świetnie się bawili, zjeżdżaliśmy jeszcze po kilkanaście razy, a ja ze strachu spaliłam więcej świątecznych kalorii, niż na kilkunastu spacerach.

Przed nami jeszcze kilka miesięcy ze śniegiem w tle, zatem czas poznać inne, zimowe atrakcje Norwegii.