Od czasu do czasu otrzymuję maile/wiadomości z pytaniami o to gdzie/w jaki sposób szukać. Praca w Norwegii – bo o niej mowa, to temat pojawiający się, w korespondencji ze mną, najczęściej. Odpowiedź jest prosta, praktyka i rzeczywistość nieco trudniejsza. Jednak zanim przejdziemy do sedna, musimy zrozumieć jedno – nie ma uniwersalnego klucza do zawodowych drzwi w Norwegii. Porównywanie się do innych też nie ma sensu. Pamiętajmy, że ci inni mają swoją, zapewne inną historię, ale o tym już poniżej… .

Praca w Norwegii – kilka słów o tym, jak to w praktyce wyglądało i wygląda… .

Niektórym zależy na pracy ambitnej, na kontynuowaniu zawodowego szlaku popartego zdobytym wcześniej, zazwyczaj w Polsce, wykształceniem. I to jest oczywiście możliwe, znam wielu, którzy pracują w swoich zawodach. Praca w Norwegii czekała i nadal czeka na Polskich inżynierów, nauczycieli, lekarzy, prawników, itd.

1. Młodzi gniewni

Wielu z nich to kolejne pokolenie tych, którzy przybyli do Norwegii w latach 80/tych i 90/tych ubiegłego wieku. Co za tym idzie, urodzili się tutaj lub przeprowadzili w wieku wczesnodziecięcym. To odróżnia ich od naszych rodaków, tych przybywających prosto z Polski, poziomem języka norweskiego. Dla nich to język ojczysty, z j. polskim mają często większe problemy. Mogą poszczycić się wykształceniem zdobytym w Norwegii (o wiele bardziej cennym niż inne) oraz znajomościami zdobytymi w całym ich życiu. Ci oto „norwescy Polacy” traktowani są tu na równi z Norwegami, pomijając raczej sporadyczne przypadki, kiedy trafiają na pracodawcę – ksenofoba (a to, jak wszędzie, jest w Norwegii również możliwe), który odrzuci ich kandydaturę tylko przez wzgląd na polskobrzmiące imię lub nazwisko. Niektórzy rodacy obchodzą ten problem, zmieniając swoje dane osobowe, ale to już zupełnie odrębny wątek… .

2. Specjaliści

Niektórzy przybyli do Norwegii na zaproszenie pracodawcy lub o pracę aplikowali jeszcze będąc w Polsce – to też się zdarza. Był taki moment w historii Norwegii, nie jeden zresztą, kiedy zapotrzebowanie na inżynierów (branża olejowa i budowlana), mechaników samochodowych, pracowników budowlanych, personel medyczny itd. było ogromne. To właśnie wtedy wielu Polaków, w tym kilku moich znajomych, przeprowadziło się do Norwegii „na gotowe”. Mieli o tyle łatwiej, że to ich zapraszano. Oni najczęściej ubolewają teraz, jak to się zmieniło, oczywiście na gorsze… . Pieniądze już nie te, szacunek do pracownika nie taki, a nasi (naszym!) psują tylko branżę.

3. Wykształciuchy

Kolejną grupę, niewielką ale jednak, nazwałabym roboczo „wykształciuchy”. Nie ma tu cienia złośliwości z mojej strony, tak na marginesie. To ci, którzy w ramach wymian studenctkich przybywają do Norwegii, tudzież wybierają to miejsce na kontynuację rozpoczętej w Polsce edukacji (czyli ci którzy przyjechali tu na studia, w trakcie studiów, ewentualnie tuż po zakończeniu studiów w Polsce rozpoczęli nowy kierunek w Norwegii). Tu – jak wiadomo – mamy do czynienia z grupą o conajmniej komunikatywnym poziomie języka angielskiego już na starcie (konieczne są certyfikaty) i językiem norweskim na poziomie B2 (łolaboga ja się do tego poziomu zbliżam dopiero, ale ja wolna jestem). Owszem, nie na wszystkich uczelniach wymagane są oba języki, poza tym lat kilka temu wystarczył angielski, nie zmienia to faktu, że byli to i są ludzie, którym się chciało do nauki języka przyłożyć dużo wcześniej, przemyśleli sprawę, świadomie wybrali Norwegię jako kraj swej zawodowej przyszłości. I chwała im za to.

Wojownicy

Solidnie przygotowani do walki. To ci, którzy po swoich zawodowych bojach w Polsce mieli już dość i świadomie, z wyprzedzeniem podjęli decyzję o przeprowadzce. Oni mieli czas na przygotowanie się pod kątem językowym, wkracają na norweskie pole walki o pracę z porządnym B1, angielski w zanadrzu lub nie – z tym różnie bywa.

Wzięci z zaskoczenia

I w tej grupie umieszczam siebie. Gdyby nie głos serca, gdyby mój ówczesny partner nie przekonał mnie do tego, w życiu nie przeprowadziłabym się do Norwegii! Za głupia na to byłam, albo zbyt tchórzliwa. Całe moje życie – prywatne i zawodowe związane było z Polską i nawet przez myśl mi nie przyszło, że może być inaczej. Miałam świetną pracę (Galiny Love!), siedziałam sobie w zarządzie lokalnego stowarzyszenia, rodzice, rodzina u boku, wszystko jak ta lala i tu nagle bęc – i tak trzy miesiące później znalazłam się w Norwegii. Takich jak ja też jest tu trochę, cecha rozpoznawcza – języka norweskiego brak, zaczynają się uczyć już będąc tu na miejscu (a tu, jeżeli nie uczymy się sami, jest bardzo drogo).

Za chlebem, najlepiej z koronami

Porządni ludzie, którym coś w Polsce nie wyszło, często zadłużeni, zjechali tu, zostawiając rodzinę, tylko po to by się dorobić. Najlepiej szybko i wyjechać z powrotem. Praca w Norwegii czeka i na nich. To również wszyscy ci, którzy nastawiają się na ekspresowy zarobek po norweskiej stronie, ale wydawać pieniądze będą już w kraju. Znają kurs walut, wiedzą co i za ile mogą w Polsce kupić, często inwestują na bieżąco. Inni kupują domy, ziemię, mieszkania czy inne dobra już po powrocie. Pracują uczciwie, ile się da i za ile się da. Pojawiają się tu często na zaproszenie kogoś z rodziny, znajomego, wielu bez języków, albo z ledwo komunikatywnym angielskim. Niektórzy uczą się, bo im zależy, albo wręcz przeciwnie, w nosie to mają jak i tak „jest robota”. Pracują często tam, gdzie język nie jest najważniejszym wymogiem, czyli na budowach, w firmach sprzątających, magazynach itp.

Na cwaniaka

A bo socjal fajny, bo w Polsce długi, wyroki i inaczej się już nie da… . Tej grupy nie lubię i opisywać w związku z tym nie zamierzam.

No ale pani, do konkretów, prędziutko, pędzikiem… .

No i znowu się rozpisałam! Żeby nie mieszać, w następnym wpisie przejdziemy przez praktykę, czyli jak i gdzie szukać pracy w Norwegii.