Musical po norwesku, norweska publiczność, w norweskim domu kultury… Niezwykle przerażająca wizja. Ileż ja czasu zmarnowałam, zastanawiając się nad tym czy iść. Z jednej strony mój pozostawiający wiele do życzenia norweski, z drugiej zaś chęć wyrwania się z domu, wypadu ze znajomymi, zobaczenia czegoś nowego. Na szczęście wygrało to drugie. 

Cats - musical po norwesku - program

Cats – musical po norwesku – program/korikphotography.pl

Na wszelki wypadek szybko odpisałam koleżance organizującej wypad na „Koty”, że idę. Znając siebie im dłużej bym się zastanawiała, tym więcej wynajdywałabym argumentów przeciw i ostatecznie odmówiłabym, po czym jak zwykle, dożywotnio żałowałabym swojej decyzji. A tak słowo się rzekło, kobyłka u płota – bilety kupione, za tydzień idziemy z kumpelą na musical! Musical po norwesku.

„No i wiesz, zaprosiłam jeszcze kilku znajomych – przemiłą parę, są z Polski zresztą, i dwie koleżanki z pracy. To znaczy jedna jest koleżanką, a druga jej siostrą. Też jej nie znam, ale na pewno będzie fajnie.” – Edyta przedstawiała mi nową wizję niedzielnego wypadu.

Hmmm, nie wiem w którym momencie zdążyłam sobie wbić do głowy, że idziemy we dwie, w każdym razie taką wizję w głowie miałam, a tu proszę, ukazywały się przede mną nowe oblicza naszego niedzielnego spotkania z norweską kulturą.

I ta koleżanka z pracy, to Norweżka. Jej siostra oczywiście też – zaśmiała się Edyta.

Ciekawą musiałam mieć wtedy minę. I pomyśleć, że na początku obawiałam się samego faktu, że idę na musical po norwesku, że wokół będą sami Norwedzy… Tamte „obawy” automatycznie przestały istnieć w chwili gdy usłyszałam, że w naszej paczce będą dwie Norweżki. Niby już rozmawiam, podobno całkiem nieźle daję sobie radę, jednak nadal każdy kontakt z językiem norweskim kosztuje mnie sporo nerwów dlatego unikam, jak mogę. Tchórz ze mnie i tyle. Tu na moje nieszczęście niczego już uniknąć nie mogłam, bilety kupione, wszystko dopięte na ostatni guzik, czekamy na niedzielę.

Niedziela – dzień musicalu

Ponieważ nie codziennie zasiadam na widowniach w lokalnych domach kultury, przywdziałam coś bardziej eleganckiego. Pod domem Edyty czekali już Jej znajomi z Polski – rzeczywiście niezwykle sympatyczni – razem ruszyliśmy do Jessheim. Przemierzając ulice miasteczka od razu było widać, że coś się w nim dzieje – aut całe mnóstwo, parkingi zapchane po brzegi. Trochę mnie to zaskoczyło, pewnie dlatego, że domy kultury, które mam w pamięci, miały niewielkie sale na kilkadziesiąt osób. Wewnątrz tłum oczekiwał na wejście. Wśród zgromadzonych osób Edyta dostrzegła nasze dwie norweskie kompanki. Ledwo Edyta zdążyła nas sobie przedstawić, gdy tłum ruszył w stronę drzwi – to znak, zaczęli wpuszczać na widownię.

Musical po norwesku – szczerze polecam

Wszędzie koty. Kocięta ocierające się o nogi witały nas już przy wejściu na salę, teraz jakaś dorosła kocica (tu trzeba dodać, że zarówno kostiumy jak i cała charakteryzacja postaci – rewelacyjne!) przysiadła się do mnie i miauczała mi do ucha. W sumie nie było to nic dziwnego – miejsca mieliśmy w pierwszym rzędzie – musiałam liczyć się z tym, że chcąc nie chcąc staniemy się częścią przedstawienia. Pocieszałam się tym, że norweskie miauczenie nie różni się zbytnio od polskiego, więc jakoś będziemy mogli się dogadać.

Cats - musical po norwesku - kociak na widowni

Cats – musical po norwesku – kociak na widowni/korikphotography.pl

Cats - musical po norwesku - scenografia

Cats – musical po norwesku – scenografia/korikphotography.pl

I tak oto jeden z najbardziej znanych, najdłużej wystawianych i najbardziej dochodowych spektakli muzycznych na świecie obejrzałam po raz pierwszy tu, w Norwegii. Czy przeszkodą był język? Nie. Owszem, połowy nie zrozumiałam, ale nie sama treść miała wpływ na odbiór przedstawienia.

Cats - musical po norwesku

Cats – musical po norwesku/korikphotography.pl

Gra aktorska, scenografia, muzyka, choreografia – wszystko na wysokim poziomie – sprawiły, że śmiałam się i płakałam dokładnie w tych samych momentach co siedząca obok mnie norweska para. Owacje na stojąco na zakończenie spektaklu były tylko skromnym podziękowaniem za fantastyczne widowisko.

Pełni emocji i wrażeń wracaliśmy w stronę parkingu. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłam, że rozmawiam z Norweżkami.  Oczywiście po norwesku. Jak zwykle nie było się czego obawiać.

 

PS Wielkie podziękowania dla Edyty – w sumie za wszystko i dla Krysi Korik – za to, jak miłą osobą jest i za udostępnione zdjęcia. Koniecznie odwiedźcie Jej profil/bloga – talent ma dziewczyna ogromny!