Nie od dziś wiadomo, że kto się śpieszy ten dwa razy robi, co gorsza diabeł ma z pośpiechu radość i pożytek. Ja niestety zapomniałam o wszystkich mądrych przestrogach i wykupiłam kurs języka norweskiego w wersji super-intensive (dwa poziomy podstawowe: A1 i A2 – czyli roczny program! – przerabiany w dwa tygodnie). Chciałam więcej, szybciej, lepiej. Wyszło jak zwykle. Nie dość, że nie wyrabiałam na zakrętach, to wściekła byłam, że szkoda pisać… 

Poniedziałek, 7 rano, pierwszy dzień kursu. Szybki prysznic, jeszcze szybsze śniadanie, pociąg do Oslo, krótki spacer z dworca centralnego pod wskazany na stronie szkoły adres i pierwsze rozczarowanie. Wysoki budynek z mnóstwem biur, wąska brama, klatka schodowa rodem ze starych, polskich kamienic (które swoją drogą uwielbiam), ciasna winda – nie tego się spodziewałam wykupując kurs za prawie sześć tysięcy koron. „Będzie dobrze” – pocieszyłam się w duchu tuż przed drzwiami wejściowymi. Nie mam w zwyczaju poddawać się przed faktem, poza tym pieniądze dawno już przelałam na konto szkoły – nie było odwrotu. Weszłam do środka.

Language Power International AS_za tymi drzwiami znajduje się siedziba szkoły językowej

Language Power International AS_za tymi drzwiami znajduje się siedziba szkoły językowej

Szkoła językowa Language Power International AS od środka

Dywany. To pierwsze co zapamiętałam. Dywany i mnóstwo półek z książkami. Nie to co w polskich Speak Upach, Empikschoolach czy innych prywatnych szkołach językowych. Żadnych komputerów, rzutników, słuchawek. Wystrój przypominał raczej mieszkanie bibliofila niż szkolne wnętrza. W pierwszym, dużym pomieszczeniu przypominającym sekretariat, przechadzała się (w skarpetkach) sympatyczna dziewczyna w zaawansowanej ciąży (to zdecydowanie tłumaczyło skarpetki). Przywitała się ze mną serdecznie po czym wskazała na miejsce w którym mogę poczekać na zajęcia. Wielkie, skórzane kanapy jeszcze bardziej podkreślały domową atmosferę. We wskazanym miejscu siedziały już dwie osoby. Przez chwilę pomyślałam, że mogą to być moje nowe koleżanki „z klasy”, jednak szybko zorientowałam się, że nie. Po pierwsze dlatego, że swobodnie komunikowały się w języku norweskim, po drugie przed jedną z nich leżały książki do nauki języka angielskiego.

Tuż przed dziesiątą (o tej godzinie miałam rozpocząć zajęcia) pojawiły się dwie młode dziewczyny – jedna z nich okazała się być moją współkursantką, druga – nauczycielką.  „Uf, jak dobrze, że same babki. Nie będzie mnie nikt rozpraszał na zajęciach” – poczułam ulgę. Długim korytarzem wzdłuż niewielkich pomieszczeń przypominających klasy, udałyśmy się na miejsce naszych przyszłych męk i katuszy.

Language Power International AS_korytarz wzdłuż sal w których prowadzone są kursy językowe

Language Power International AS_korytarz wzdłuż sal w których prowadzone są kursy językowe

„Na kursie języka norweskiego rozmawiamy tylko i wyłącznie po norwesku!” – te słowa zapamiętałam jako pierwsze. Wypowiedziane przez drobniutką, młodziutką i sympatyczną nauczycielkę, która z wyglądu przypominała raczej radosną nastolatkę niż srogiego belfra, nie brzmiały poważnie, mimo to obie z Kasandii (moją grecką współkursantką) wiedziałyśmy, że tak ma być i koniec.

„Na kursie języka norweskiego rozmawiamy tylko i wyłącznie po norwesku!” – rozpoczęła lekcję nauczycielka. W myślach zaśmiałam się jednak wyobrażając sobie, jak to będzie, skoro my „ani me ani be” po norwesku, ale szybko przekonałam się, że to po prostu możliwe…

Super intensywny kurs języka norweskiego – w praktyce

Language Power International AS_prezentacja kursu języka norweskiego na stronie internetowej szkoły

Language Power International AS – prezentacja kursu języka norweskiego na stronie internetowej szkoły

Anezka – tak ma na imię nauczycielka – Czeszka z pochodzenia – szła jak burza. Nie Jej wina – to my wybrałyśmy kurs z cyklu „dla językowych samobójców”. Na szczęście Anezka dar do przekazywania wiedzy ma wielki. Tłumaczyła nam wszystko bardzo dokładnie, cierpliwie i co najważniejsze – zrozumiale. Jej zdolności aktorskie tylko ułatwiały komunikację. To, czego nie umiała wytłumaczyć słowami, po prostu pokazywała. W tak zabawny i obrazowy sposób, że z łatwością zostało w głowie. Była zdecydowanie najmocniejszym elementem tego kursu. Przejdźmy zatem do najsłabszych…

3 powody dla których nie powinniśmy korzystać z super intensywnych kursów językowych

  1. Zawrotne tempo to mało powiedziane… Dosłownie. Po dwóch godzinach intensywnej pracy miałyśmy zaledwie 15 minut przerwy i wracałyśmy do zajęć. Pobieżnie realizowałyśmy materiał, pomijając to, co mniej ważne (niestety nie oznacza to, że nieważne). Ostatnia godzina kursu polegała zazwyczaj na ciągłym dolewaniu kawy i upominaniu głowy, by jeszcze przez chwilę chciała myśleć…
  2. Czas wolny, a w zasadzie jego brak. I nie mówię tu o wyjściu na spacer czy na imprezę. Mam na myśli prysznic, zjedzenie posiłku lub sen. W trakcie kursu były to „towary luksusowe”. Biorąc pod uwagę, że do przerobienia w domu (samodzielnie!) są zazwyczaj dwie lekcje „do przodu” i kilkadziesiąt stron ćwiczeń, czas jest bardzo cenny i żal marnować go na cokolwiek. Oczywiście można kwestię zignorować i lekcji nie odrobić – pytanie tylko, po co na kursie jesteś. Jeżeli komuś wydaje się, że zapłaci, przyjdzie, posłucha i po dwóch tygodniach zacznie rozumieć i mówić – to bardzo się myli. Bez wkładu własnego się nie da. A że w naszym przypadku był to kurs super intensywny, to taki super intensywny musi być również wkład własny. W trakcie kursu mój dzień wyglądał następująco: 2 lub 4 godziny zajęć w szkole, od 5 do 8 godzin zajęć w domu. W sumie minimum 9 godzin nauki dziennie. Na więcej nie było siły. I tak przez 5 dni w tygodniu. Razy dwa. Na weekend Anezka zadawała adekwatnie więcej. Nie było mowy o odpoczynku i naładowaniu baterii.
  3. Rodzina. Na wszelki wypadek na cały czas trwania kursu wydelegujcie wszystkich z domu. W innym wypadku przemęczenie może skutkować co najmniej złośliwością – a czy nasi bliscy są winni temu, że chcieliśmy się nauczyć za szybko? O tym, że zrobicie obiad lub posprzątacie – zapomnijcie od razu!

Obie z Kasandii walczyłyśmy do końca. Jak się okazało, na tego typu kursach, tylko takie podejście gwarantowało efekt. W sumie to oczywiste – gdyby nie fakt, że połowę materiału przerabiałyśmy same w domu, nie byłoby możliwości zrealizowania wszystkiego na lekcjach. Dzięki naszej samodzielnej pracy mogłyśmy zaczynać kolejne zajęcia od krótkiego omówienia tego, co zrobiłyśmy w domu (wyjaśnienia niezrozumiałych kwestii i sprawdzenia pracy domowej) po czym iść, a w zasadzie biec, dalej.

Language Power International AS_kurs języka norweskiego_w klasie

Language Power International AS_kurs języka norweskiego_w klasie

Szkołę polecam, kurs języka norweskiego w wersji super intensywnej – raczej nie…

Po prostu nikomu nie życzę źle – dlatego. Empatia nie pozwala mi na polecanie takiego kursu komukolwiek. Przyznam jednak, że po tygodniu naprawdę czułam efekt (zaczęłam zdecydowanie więcej rozumieć) a po zakończeniu kursu (jąkając się i gestykulując) próbuję mówić i niektórzy twierdzą, że idzie mi nieźle. Pamiętajmy jednak, że miałam ten komfort, że mogłam się nauce poświęcić w 100%. Poza tym przed rozpoczęciem kursu przerobiłam samodzielnie pierwszy poziom – co zdecydowanie ułatwiło mi przetrwanie do końca. Teraz przyszedł czas na ponowne przerobienie całego materiału – celem utrwalenia – i być może na pierwszy egzamin. Czy będzie to Norskpøve 1 (egzamin częściowy, który przeprowadza się po ukończeniu kursu podstawowego na poziomie A1) czy też od razu Norskprøve 2 (potwierdzenie znajomości języka norweskiego na poziomie średniozaawansowanym, odpowiada poziomowi A2) tego jeszcze nie wiem. Najpierw sprawdzę, co mi w głowie zostało :)