To nie był dobry czas dla naszej trójki. Pierwsze chwile w nowej szkole (gimnazjum w Norwegii) okazały się trudniejsze, niż zakładaliśmy – Młody z hukiem odbił się od „norweskiej ściany”. Musiało boleć, bo pierwsze dwa dni okupione były łzami i stwierdzeniami typu: „może lepiej, żebyśmy wrócili do Polski”…

Długo milczałam, wiem, przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że przejęta losem dziecka, nie myślałam o niczym innym. Teraz, gdy już ochłonęłam, patrząc na to wszystko, co się działo, z dystansem i z innej perspektywy, zdaję sobie sprawę, że pewnych reakcji można się było spodziewać, innych uniknąć, ale jak to bywa, mądra jestem po szkodzie…

Gimnazjum w Norwegii - Melvold ungdomsskole

Gimnazjum w Norwegii – Melvold ungdomsskole

18 sierpnia – zaczynamy rok szkolny w Norwegii

Oj ciężki to był dzień… Młody, syn mój mały – wielki zarazem (do 180 centymetrów brakuje mu zaledwie dwóch) w drodze do nowej szkoły dosłownie „malał” w oczach. Z każdym przebytym kilometrem wydawał się jakby mniejszy, bledszy, smutniejszy… Widziałam jak Jego pozorna odwaga, którą chwalił się jeszcze przed wyjściem z domu, znika gdzieś bezpowrotnie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, nie było po niej śladu. Jako że nauczycielka poprosiła mnie, bym wzięła udział w uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego (jej zdaniem miało to ułatwić Młodemu start) nie wahałam się ani chwili. Zapytałam Go tylko, czy to nie problem dla Niego samego – wiadomo, w tym wieku nastoletni chłopcy raczej wolą się z matką nie pokazywać. Młody chciał. Nie było tematu.

Pierwszy dzień w nowej szkole – gimnazjum w Norwegii

Teraz mogę się przyznać, bałam się okropnie. I choć przy Młodym udawałam, że problemu nie ma, z trzęsącymi się nogami i wrażeniem, jakbym miała za chwilę zemdleć, wchodziłam do szkoły. Młody za mną. Przeciskając się wśród rosłych, norweskich nastolatków, podążaliśmy korytarzem w kierunku… No właśnie. Jakim? Wiedziałam, że rozpoczęcie jest w auli, ale czy wiedziałam gdzie jest aula? Oczywiście, że nie! Mimo to szłam pewnie dalej, udając przed samą sobą, że tak trzeba. Młode, norweskie oczy gapiły się na nas, ale nie było odwrotu – najważniejsze było to, by Młody nie poznał, jak bardzo się boję. Pierwsza napotkana nauczycielka (ledwo można ją było odróżnić od uczniów) wskazała nam drogę. Uff. Będzie dobrze.

Na luzie, ale z szacunkiem – klimaty w norweskim gimnazjum

Dotarliśmy do rzeczonej auli. Rozproszony po całej sali tłum nastolatków nie ułatwiał sprawy. Jak tu znaleźć klasę 8D – kołatało mi po głowie. Na szczęście podeszła do nas Iselin – pracująca w szkolnej administracji, odpowiedzialna za klasy 8- me (czyli pierwsze klasy w gimnazjum w Norwegii). Znaliśmy ją już wcześniej, spotkała się z nami na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Omówiliśmy wtedy wszystkie kwestie, powiedziała co nas czeka, porozmawiała z Młodym. Miła i pomocna osoba. Teraz przedstawiła nam Lenę – przyszłą wychowawczynię Młodego i pobiegła dalej. Lena opowiedziała nam pokrótce co się wydarzy, wskazała na miejsce gdzie siedzą jej nowi uczniowie. Zdążyła zaprosić mnie jeszcze do siebie (po zakończeniu uroczystości), gdy naszą rozmowę przerwał głośny gwizd. Po chwili wszyscy na sali siedzieli grzecznie na podłodze – usiedliśmy i my. Jak się okazało gwizdał na palcach jeden z nauczycieli – był to znak, że trzeba usiąść i słuchać. I to na młodych zadziałało! Resztę pamiętam jak przez mgłę. Patrzyłam tylko na Młodego, jak skulony siedzi i rozgląda się ukradkiem dookoła. Co wtedy czuł, o czym myślał – wie tylko On. Pewne jest, że był przerażony…

„I love Guns N’ Roses” i „keep calm and smile on” – norwescy nauczyciele są fajni!

Kilka krótkich przemówień, pokaz slajdów z budowy nowej siedziby szkoły i na zakończenie prezentacja nauczycieli. Ten fragment zaskoczył mnie najbardziej. Dlaczego? A wyobrażacie sobie w polskiej szkole (i to na rozpoczęciu roku szkolnego!) nauczycieli, ubranych jak co dzień (najlepszy był fan Gunsów i starsza nauczycielka w bluzce z napisem: keep calm and smile on), wychodzących przed uczniów na pełnym luzie, z kubkiem/szklanką w dłoni i wykrzykujących kim są i czego będą uczyć? Ja z polskiej szkoły pamiętam raczej zdecydowanie za długie przemówienia sztywniaków: dyrektora, księdza, czasem lokalnego polityka… Tu było zupełnie inaczej. To był moment w którym po raz pierwszy pomyślałam, że może jednak będzie dobrze…

Po prezentacji nauczyciele zabrali uczniów do klas i na tym się skończyło. Podeszłam jeszcze do Leny (wychowawczyni) i powiedziałam jej, że odpuszczę sobie wizytę w klasie, nie będę robiła chłopakowi wstydu. Wróciłam do pustego domu i myślałam. O tym jak On się czuje, o czym myśli, co robi. Jak na złość tego dnie wyłączyli prąd, nie mogłam nawet zająć się sprzątaniem (co w normalnych warunkach pomaga mi się rozluźnić i zapomnieć o kłopotach). Po 14- tej odebrałam Młodego ze szkoły. Zaledwie minutę udawało mu się powstrzymać płacz, w końcu pękł. Po chwili płakaliśmy razem. To był ciężki dzień, trudne dla nas emocje. Młody przyznał, że nie sądził, że to będzie takie trudne, kiedy wszyscy wokół mówią tylko po norwesku. Gdzieś w głębi jednak liczył na to, że znajdzie tu jakiegoś Polaka. Czułam się winna. Niepotrzebnie powiedziałam mu, że kilkoro polskich dzieci uczy się w tej szkole. Nie skłamałam, uczą się, co więcej – Polka jest z nim w klasie, ale dzieci te mieszkają w Norwegii dłużej niż Młody i zwyczajnie nie chcą mówić po polsku, żeby nie wypaść źle przez norweskimi kolegami.

Spróbuję, ale muszę się szybko nauczyć norweskiego. Bardzo szybko. Najlepiej w tydzień. Zrób coś! Bo inaczej, to wolę do Polski…

Młody wyrzucał z siebie pojedyncze zdania. Próbowałam Go uspokoić. Po godzinie przestał płakać i zaczęliśmy rozmawiać. W efekcie obiecał mi, że da sobie jeszcze chwilę, że się nie podda, a ja zrobię wszystko, żeby pomóc mu w nauce norweskiego.

Trzy dni – tyle czasu zajęło nauczycielom oswojenie Młodego ze szkołą

Nasze rozmowy w domu to jedno, kontakt ze szkołą – drugie. Zarówno Iselin (odpowiedzialna za klasy 8-me) jak i Lene (wychowawczyni) prosiły wielokrotnie, bym nie wahała się zgłaszać im najdrobniejszych problemów – w końcu postanowiłam skorzystać z tej możliwości. Gdy kolejnego dnia miałam problemy z Młodym (histeryczny płacz z rana uniemożliwiał nam wyjście do szkoły) postanowiłam działać. Opowiedziałam im o wszystkim, obiecały, że pomogą. Cóż one biedne mogą zrobić – pomyślałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się zdziwię.

Czwartek – tego dnia po raz pierwszy Młody wyszedł ze szkoły z uśmiechem. Biorąc po uwagę, że zaczął do niej chodzić we wtorek – postęp był znaczący. Co się zmieniło? Co zrobili nauczyciele? Po pierwsze, zareagowali. Widząc, że Młody separuje się od reszty i czuje się odrzucony przez norweskich rówieśników zorganizowali lekcję polskiego i mianowali Go i koleżankę z Polski nauczycielami. Ich zadaniem było nauczać norweskie dzieci polskiego – co więcej mogli się śmiać z efektów (żeby młodzi Norwedzy zobaczyli jakie to nieprzyjemne). Można? Można. Ale to nie wszystko. Ze względu na Młodego zatrudnili w szkole na 10 tygodni nowego pracownika – Polaka, biegle posługującego się norweskim. Jego zadaniem jest nauczyć Młodego norweskiego i oswoić Go z norweskimi obyczajami. Od tego czasu jest coraz lepiej. I niech już tak zostanie.