Około 160 000 osób spędziło pierwszomajowy wieczór w Telenor Arena w Oslo. Liczba byłaby większa, gdyby hala mogła pomieścić kolejne setki, ba! tysiące ludzi. To rzadka sytuacja, kiedy bilety na koncert wyprzedane są do ostatniej sztuki i to na długo przed samym wydarzeniem. W tym przypadku jednak nikt się niczemu nie dziwił. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna: ADELE!

Adele w Oslo

Adele w Oslo.

Początek grudnia. Nie pamiętam dokładnej daty, pamiętam tylko, że był to TEN ważny dzień – punkt 09:00 wystartować miała przedsprzedaż biletów. Coś mnie tknęło, żeby upewnić się, czy 09:00 tu, to 09:00 tam. W końcu bilety sprzedawane będą na na stronie internetowej angielskiej piosenkarki, to i różnice czasu trzeba uwzględnić. W stresie człowiek zapomina o podstawowych kwestiach. A jakżeby inaczej, okazało się, że mam dodatkową godzinę na przygotowanie się do ataku.

Adele w Oslo – Polowanie na bilety

Jako, że doświadczenie me w kupowaniu biletów było w zasadzie żadne (do tej pory tak się składało, że kupował je ktoś dla mnie) nastawiłam się na to, że napotkam na drobne trudności. Jeszcze raz przejrzałam układ sali, zapisałam sobie na karteczce numery interesujących mnie sektorów i spokojnie czekałam na godzinę 10:00.

Atak. Inaczej tego określić nie można. Punkt 10:00 kliknęłam na przycisk KUPUJĘ. I co, i nic. Kręci mi się jakieś kółko przed oczami, no zawiesił się staruch jeden jak nic – pomyślałam i odświeżyłam stronę. I to był w zasadzie największy błąd jaki popełniłam. Na własne życzenie – okazało się bowiem, że pod tym kręcącym się kółeczkiem była informacja, iż dostałam się do kolejki po bilety i po prostu mam czekać, aż mnie wpuszczą do sklepu. No cóż, człowiek mądry po szkodzie – drugi raz już nie odświeżałam. O tym jak wielkie znaczenie miało te 15 sekund, przekonałam się dopiero później. W każdym razie uznałam sytuację za opanowaną, przeprosiłam komputer za wszystkie złowrogie gesty i słowa skierowane w jego stronę i czekałam, czekałam, czekałam…

… 3 godziny!

No dobrze, niecałe. Po prawie 3 godzinach wpatrywania się w wirujące kółeczko, wpuszczono mnie do sklepu z biletami. Spojrzałam na karteczkę z wybranymi sektorami, na cenę nie patrzyłam, bądź co bądź to Adele – jak szaleć to szaleć – ma być pod sceną. Yhmmm. Pomarzyć dobra rzecz. Do wyboru były dwie opcje zakupu – manualny wybór miejsc lub kupno dwóch najlepszych w danej chwili. Jako, że automatom zwykle nie ufam, zaczęłam klikać w poszczególne sektory, a tam – a jakże – wszystko wyprzedane. Dotarło do mnie w końcu, że nie mam żadnych szans w tej nierównej walce, a czas ucieka. Najszybciej jak mogłam cofnęłam się do miejsca zakupu, wybrałam opcję automatyczną i po kilku chwilach miałam potwierdzenie dokonania zakupu. Nie był to wymarzony sektor, ale był. Nie umiałam tego docenić, do chwili, gdy z ciekawości raz jeszcze kliknęłam na „kup bilet”. Okazało się, że wszystkie były wyprzedane. Jak się później okazało wyprzedały się w ciągu kilkudziesięciu sekund.

Koncertowe zaplecze

Koncerty w Norwegii – przynajmniej te, na których ja byłam – charakteryzuje jedno – dobra organizacja. Począwszy od przejrzystej komunikacji, poprzez skuteczną reorganizację i dostosowanie transportu publicznego do „wyjątkowych” potrzeb, na oznakowaniu areny koncertowej kończąc. Mimo tak olbrzymiego tłumu nie ma mowy o chaosie czy trudnościach w odnalezieniu czegokolwiek: właściwego autobusu, pociągu, sektora, miejsca. Stresu brak, kolejek w zasadzie też. Piszę w zasadzie, gdyż po zakończeniu koncertu trzeba swoje odczekać – zarówno podczas opuszczania budynku, jak i w kolejce do autobusu. Uważam jednak, że około 20 minut czekania to naprawdę niedługo, biorąc pod uwagę liczbę osób biorących udział w wydarzeniu.

Adele w Oslo – kulminacja

Adele w Oslo - las rąk ze smartfonami w dłoni

Adele w Oslo – las rąk ze smartfonami w dłoni

O tym jak wyglądał sam koncert przeczytacie w dowolnym medium. Filmików w sieci pełno. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie napisała czegoś od serca. Lubię Adele, ale nigdy nie byłam Jej zagorzałą fanką. Śledzę Jej twórczość, ale płyty nie mam. Kupione bilety były bożonarodzeniowym prezentem dla Norwega – lubi Ją zdecydowanie bardziej niż ja. Taka jest prawda – szłam na koncert lubianej artystki, trochę przez ciekawość, trochę do towarzystwa. Pod areną, widząc zdesperowanych fanów, gotowych za ostatnie, naprawdę duże pieniądze odkupić bilet, poczułam się trochę dziwnie, jakby nie na miejscu. Podzieliłam się tą myślą z Norwegiem, ten zaś zażartował, że możemy sprzedać mój bilet a On pójdzie sam. Jakoś ta opcja też mi nie pasowała…

Hello, it’s me…

20:00 – początek show. Cała sala wpatruje się w scenę. Intro do Hello rozbrzmiewa wokół, artystki jednak nie widać. Zarys postaci na scenie, zmiana oświetlenia, dym sceniczny – każdy ruch wywołuje w tłumie euforię, spontaniczne okrzyki dobiegają z różnych zakątków sali. Napięcie, mimo, że od początku wysokie, rośnie z każdą sekundą. Mnie już palą policzki, ręce drżą, udzielają mi się emocje tłumu. Mam wrażenie, że arena za chwile eksploduje.

I nagle przypomniałam sobie cenną radę sprzed lat – spoglądam szybko na reflektory (rada z czasów pracy w TV – patrz na operatorów kamery, operatorów światła – oni wiedzą więcej). To był strzał w 10. Po środku ogromnej hali, spod samej ziemi (a w zasadzie sceny B) wyłoniła się Ona. Potężny krzyk ogarnia każdy zakamarek wypełnionej po brzegi areny koncertowej, w oczach osób siedzących obok widzę łzy. „Hello, it’s me…” – zaczyna jakby ciszej, a mimo to skutecznie zagłusza ogromny wrzask wydobywający się z setek tysięcy ludzkich gardeł. Siła, barwa Jej głosu robi piorunujące wrażenie. To nie głos, to magia, uczta dla zmysłów… To GŁOS.

Adele w Oslo

Adele w Oslo

Bezpretensjonalna i prawdziwa

Jaka jest? Bezpretensjonalna – to pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy. Niezwykle ciepła, z ogromnym poczuciem humoru, perlistym śmiechem, dystansem do siebie, szacunkiem do fanów. Przede wszystkim jednak prawdziwa. Nie ma w Niej fałszu, wyreżyserowanych gestów, wyuczonych ruchów, ujarzmionej mimiki twarzy. Jest, po prostu i aż, Ona. To właśnie ta prawda, którą Adele ma w sobie, którą przemyca w swoich tekstach sprawia, że tłumy za Nią szaleją. Od wczoraj rozumiem już dlaczego.

Tak oto Adele wyrwała mi serducho i zabrała je ze sobą. I niech je zatrzyma, przynajmniej wiem, że jest w dobrych rękach.